English Corner 11

Jak Orku na UK GT pojechał, czyli przydługa relacja w 3 aktach

OrcSlayeR · 5 marca 2018

Zanim zacznę tą przydługawą relację z GT, pozwólcie, że na początek powiem trochę o sobie. Od początków mojej „kariery turniejowej” GT było czymś, na co bardzo chciałem pojechać....

Zresztą, myślę, że to dzięki artykułowi o GT 2008 (http://www.mitril.pl/relacje-turnieje/id33,Raport-bitewny-z-UK-GT.html) zapragnąłem jako 12-latek wziąć udział w jakimś turnieju. Dawno to było i nieprawda, ale faktem jest, że na moim pierwszym (zresztą masterze, Krakowskich Manewrach 2008) nie zdobyłem żadnych punktów, przegrywając wszystko po 0:20. Większość, zwłaszcza w tym wieku, mogłaby się zrazić, ale mnie się to naprawdę spodobało. Następne 2-3 lata trochę jeździłem z krakowską ekipą, a czasami sam, po Polsce (mam nadzieję, że parę osób mnie jeszcze pamięta z tego okresu), jednak zawsze chciałem się na to GT wybrać. Niestety, było to trochę bardziej kosztowne i trudniejsze organizacyjnie niż wyjazd do Warszawy czy Wrocławia, i w końcu porzuciłem na kilka lat system, grając tylko okazjonalnie dla zabawy, nie biorąc w żadnej edycji tego turnieju udziału. W międzyczasie udało mi się bardzo dobrze zdać maturę i pojechać na studia do Londynu, co od dawna byłem moją ambicją. Ponieważ figurki nie odpuszczają człowieka tak łatwo, a na pewno nie na zawsze, pod koniec liceum zacząłem też grać w 40k, przenosząc to do Anglii, gdzie przez poprzednie 2 lata jeździłem na turnieje, będąc w czołówce tutejszych graczy i nawet prawie dostając się do reprezentacji Anglii na ETC (zabrakło mi tylko czasu na zgrupowania). Jednak w obliczu nowej edycji, która wywróciła tam wszystko do góry nogami, a moją armię uczyniła kompletnie niegrywalną, a także renesansu Hobbita w Polsce, uznałem, że mógłbym wrócić. Od tego czasu wziąłem udział w kilku dużych turniejach w Polsce i w Anglii, i w tym momencie pojechanie na GT było dla mnie oczywiste. Od razu po rozpoczęciu sprzedaży biletów kupiłem swój, a po wypuszczeniu scenariuszy zacząłem wymyślać rozpiski.

AKT I – PRZYGOTOWANIA

Pokrótce przybliżając regulamin turnieju: GT składało się z 6 gier, w których korzystało się z 2 armii: dobra i zła. W 1, 3 i 5 bitwie gracze losowali stronę konfliktu, a w 2, 4 i 6 grali przeciwną. Nie było podziału na małe i duże zwycięstwo, za wygraną dostawało się 6 punktów, za remis 2 a za porażkę 0. Dodatkowo pod koniec każdy gracz podawał 2 przeciwników do „Best Game" i 2 do „Best Army". Każda taka nominacja była 1 dodatkowym punktem do klasyfikacji, dodawanym na końcu. VP i różnica VP w bitwach liczyła się tylko w przypadku remisu w dużych punktach. Graliśmy 6 scenariuszy z nowego General's Accessories Pack w losowej kolejności, w opisie każdej bitwy zawarłem nazwę tego, który akurat był grany.

Wymyślenie armii, którymi grałem, nie było łatwe i zajęło mi chwilę. Jeśli chodzi o zło, wiedziałem od początku, że chcę zagrać Mordorem z 2 bestiami i Taskmasterem. Nie wiedziałem jednak, które Nazgule na owych bestiach posadzić, a także czy wziąć dodatkowego bohatera, sztandar i jakie proporcje Morków i orków użyć. Po dłuższym zastanowieniu i konsultacjach z Godfrydem (któremu to jeszcze raz dziękuję), zdecydowałem się na następującą rozpiskę (bez podziału na warbandy dla klarowności):

WK na bestii (3/16/3) – lider

SL na bestii

Taskmaster

13x morek z tarczą

5x morek z tarczą i włócznią

15x ork z włócznią (7 tarcz)

Ork ze sztandarem

1x warg raider z tarczą

Dwie bestie były mi niezbędne do radzenia sobie z magami, których oczekiwałem (słusznie zresztą) w każdej armii przeciwnika, a poza tym do ogólnego siania zamętu, rzucania, rozrywania i zabijania. Sztandar dawał mi przewagę w 2 scenariuszach, w których punktował, a reszta to bardzo standardowy mordorski klocek, który nie wymaga wielkiego komentarza.

Armia dobra była dla mnie dużo trudniejsza do wybrania. Na pewno chciałem umieścić w niej Sarumana konno i sztandar, ale potrzebowałem też odpowiedniej masy do scenariuszy. W końcu zdecydowałem się na mieszankę różnych sił dobra (oczywiście na GT były w użyciu oryginalne armylisty i zasady sojuszowania, umożliwiające sojusz wszystkiego ze wszystkim):

Saruman konno

2x RoTN konno

Madril

Ghan – lider

Damrod

19 fontanek z tarczami

2 Minasy z włóczniami i tarczami

Minas ze sztandarem

1 konny Minas

12 wosów

Trikiem tutaj było użycie Ghana jako lidera, co, biorąc pod uwagę jego zasadę traktowania jak posiadacza elfiego płaszcza, miało go uczynić trudnym do zranienia – zresztą to wyszło. Choć w miarę wiedziałem, jak korzystać z części składowych tej armii – fontanek, wosów i Sarka – to jednak całością nigdy nie grałem, co niestety wyszło w starciu z lepszymi przeciwnikami.

Jak chyba każdy gracz turniejowy, musiałem przed pojechaniem do Nottingham sporo zorganizować i pomalować. Starałem się jak najwięcej zrobić w miarę wcześnie, ale terminy prac na studia nie pomagały, także istotną część mojej armii wykańczałem w czwartek, dzień przed wyjazdem. Na szczęście, figurki do LoTRa nie są szczególnie pełne detali, a ja mam 10 lat doświadczenia w tego typu akcjach, także obyło się bez problemów i koło 1 w nocy skończyłem. Spakowałem się i poszedłem spać.

W piątek rano ruszyłem na zajęcia. Miałem pociąg o 13.30, także o 1, po dwóch wykładach, urwałem się z ciągu dalszego i ruszyłem. Wstąpiłem do hotelu (opcja budżetowa, z łazienką za drzwiami i w budynku, który nie miał remontu chyba od lat 80, ale pokój był całkiem duży, poza tym 36 funtów za noc ze śniadaniem), gdzie odłożyłem rzeczy zbędne (czyli wszystko poza figurkami) i wybrałem się tramwajem do Warhammer World. Niestety, za późno próbowałem się z kimś umówić na grę w piątek i w końcu większość wieczoru oglądałem grę innych, piłem piwo i gadałem. W końcu, koło 20, przyszła grupa moich znajomych z Reading i miałem okazję zagrać sobie bitwę przeciwko Smaugowi prowadzonemu przez Marka Kempstera, z którym wygrałem na poprzednim turnieju, na którym byłem. Graliśmy scenariusz Fog of War i przegrałem, ale szczególnie się nie przejąłem, ponieważ grałem na luzie, a w grze turniejowej mógłbym spokojnie dużo bardziej żmija unikać i wygrać. W końcu o 22 WHW został zamknięty, a ja ruszyłem z powrotem do hotelu.

Mordor (i dużo śmieci w tle)
Mordor (i dużo śmieci w tle)

Moje Dobro
Moje Dobro

Dworzec St.Pancras
Dworzec St.Pancras

Prawda w końcu wyszła na jaw
Prawda w końcu wyszła na jaw

AKT II – SOBOTA

Jakoś na początek zapisów przyjechałem na miejsce. Te prowadzono w przylegającym do głównej sali barze Bugmana, gdzie każdy dostał swój numer i kartę wyników. Dostałem numer 46 i mogłem spokojnie czekać do początku turnieju, gadając ze swoim partnerem z parówki w listopadzie. Weszliśmy na salę, posłuchaliśmy szybkiego wstępu i udałem się do swojego stołu.

Z góry ostrzegam: opisy bitew (zwłaszcza czwartej) są bardzo dokładne i taktyczne. Myślę, że mogą zainteresować turniejowych graczy, ale wiem, że nie muszą przypaść do gustu każdemu. Z góry przepraszam, jeśli kogoś takie rzeczy nie interesują, ale był to trudny turniej z bardzo dobrymi przeciwnikami i równie ciekawymi (w większości) grami, i chciałem oddać to, pisząc tę relację.

Bitwa I – To The Death – dobro

W pierwszej bitwie trafiłem na przeciwnika imieniem Bob, wylosowano scenariusz To The Death. Rzuciliśmy i okazało się, że gram dobrem przeciwko jego Mordorowi z Undyingiem na bestii (liderem), konnym SL, Grishnakiem, Black Numenorianami, morkami i 2 spectrami a także 6 Fell Wargami. Co ważne, miał także sztandar. W swojej strefie rozstawienia miałem ruinkę, w której od razu położył się sztandar i Damrod (bodyguard). Powoli się do siebie zbliżaliśmy i w pewnym momencie jego linia, za którą stała bestia była około 6 cali od mojej. Sarumanem trzymałem się mocno z tyłu, bo przeciwko 2 Nazgulom trzeba mocno oszczędzać, ale, jako że ruszałem się jako drugi rzuciłem commanda na bestię z darmówki. Weszło na 6 i przeciwnik długo zastanawiał się, czy to odeprzeć. W końcu z jakiegoś powodu uznał, że nie, także jego bestia znalazła się tuż przed moimi modelami, została otoczona przez łącznie 12 modeli z RoTNem i zabita, choć samemu Nazgulowi nic nie zrobiłem. W następnej turze udało mi się wygrać heroika, sformować z powrotem linię i zaczęliśmy walczyć. Przeciwnik próbował zabić Ghana, którym się chowałem, i ruszać sztandar spectrami, ale przybiłem go do rogu ruinki wosem, który zdawał przez kilka tur męstwo. Największy błąd przeciwnika, przez który wygrałem tą grę był taki, że nie schował sztandaru, i za drugą próbą udało mi się go zabić z blasta. W przedostatniej turze mogłem stracić zwycięstwo, bo mój Ghan, który był turę od bezpiecznej ucieczki od wszystkiego, co mu groziło, oblał męstwo od Spectry i podbiegł w okolice Nazguli. Jednak przeżył 3 black darty, odpierając jednego z użyciem 2 potęg i fejtując drugiego, także pod koniec miałem na nim straconą ranę, ale na szczęście żył. Walki szły tak, że straciliśmy tylko po kilka modeli, niestety ranienie na 6 i fakt, że po dojściu do siebie zostało nam koło godziny nie pomogły.

Wynik: 3-1

Bob i jego armia
Bob i jego armia

Zbliżamy się do siebie
Zbliżamy się do siebie

To tam była jakaś bestia?
To tam była jakaś bestia?

Lunch (wliczony w cenę) podawano w stołówce GW – trzeba przyznać, że kucharzy mają niezgorszych. Było to świetne, a dla babeczki było w ogóle warto tam pojechać. Zdjęć jedzenia jednak nie robiłem, to nie Instagram 😛 Odbyło się też głosowanie na najładniejszego bohatera, potwora i warband – każdy mógł zgłosić swoje modele, pod warunkiem tylko, że faktycznie nimi grał. Szkoda, że nie grałem nowym Sarkiem, miałbym szanse to wygrać.

Losowe plakaty ze stołówki GW
Losowe plakaty ze stołówki GW

Bitwa II – Reconnoitre – zło

Drugą bitwę grałem z Larrym Millerem, ale widząc jego armię kwestią była dla mnie tylko wysokość wygranej. Otóż trafiłem w Reconie moim złem na nową Białą Radę w składzie Erestor, Glorfindel, Gala LoL, Elrond LotW i Saruman the Wise. Wiedziałem, że przeciwnik nie ma szans przejść przez krawędź, a do tego musi mnie zabijać, a po brejku reszta orków po prostu ucieknie i zejdę do 25% bardzo szybko, a więc gra się skończy. Potrzebowałem tylko przejść przez krawędź 3 modelami. Najbardziej oczywistymi wyborami był warg i bestie. Warga udało mi się przeprowadzić bokiem, otaczając Glorfindela, który tam poszedł, a bestiami uznałem, że chcę choć trochę się pobawić i postanowiłem coś pozabijać. W bodajże 4 turze Erestor nie dostał jeszcze Fortify Spirit, a trochę się oddalił od Gali, Sarka i Elronda. Zrobiłem więc heroika bestią, wrzuciłem mu udanego transfixa i potem doszarżowałem SL, broniąc WK blasta i przyjmując Banishment (Fate spokojnie wszedł). Potem otoczyłem Elronda i Galę, odcinając ich od możliwości pomocy komukolwiek, Saruman stał trochę z tyłu. Moje bestie wygrały z Erestorem i zadały mu całą 1 ranę z 12 kości, niwecząc mój plan zabicia go. W następnej turze wygrał heroika, żeby nim zaszarżować na bestie, po czym nie zdał męstwa (ma tylko 5, nie wpadłbym na to). Moje bestie więc olały leżącego Erestora i poleciały zjeść Sarka, a orkowie osaczyli Elronda i Galę. Sarek zginął, a w następnej turze dopadłem też Erestora. Potem wybroniłem tylko WK pożegnalnego blasta i uciekłem bestiami za krawędź. Resztę gry orkowie walczyli z Elrondem, Galą i Glorfem, nie mogąc nawet za bardzo zaszarżować (terror), ale i tak udało im się wygrać kilka walk i wbić ranę na Elrondzie (liderze), przez co dostałem dodatkowy punkt. Zgodnie z planem dostałem brejka, posypałem się i gra się skończyła.

Wynik: 8-3

Biała Rada i Recon…  

Bitwa III – Fog of War – zło

W trzeciej grze trafiłem na pewnego Irlandczyka. Wylosowany scenariusz jest moim zdaniem najciekawszym z wszystkich, a więc Fog of War. Przyszło mi rzucić na wybór strony konfliktu. Wylosowałem sobie zło, także przyszło mi się zmierzyć z armią na konnym Sarku, 15 Rivendell Knightach i 2 kapitanach. W końcu poczułem, że warto było wziąć tego SL. Zapisałem, że chcę kontrolować ruinkę po lewej, chronić SL i zabić jednego z kapitanów. Na początku ja podchodziłem, a przeciwnik rozjechał się na wszystkie strony, coś strzelał, nic nie zabijając i w miarę możliwości czarował Sarkiem. Kiedy doszedłem do połowy stołu, łukom wyszedł bardzo dobry strzal w WK, który zdjął mu 2 rany z bestii. Uznałem, że nie należy ryzykować, a jak wiadomo bezpiecznie jest tylko w walce. Przyciągnąłem sobie jednego konnego, po czym przeciwnik zaszarżował moich orków kolejnymi dwoma. Wygrałem walkę (oczywiście bez potęgi się nie obeszło), rzuciłem jednym konnym w drugiego, zabijając obu. W następnej turze zrobiłem heroika WK, poleciałem nim samym rzucając Sarkowi łamanie kostura (weszło na 6, odbił z użyciem 3 kostek i 2 potęg), po czym zaszarżowałem ostatniego Rivendell Knighta koło moich linii. Saruman jednak podjechał, strzelił blastem na 6, którego nie dałem rady odbić (1,1,2 na obronę) i zrzucił WK z bestii, rzucając nim o ruinkę (ale bez ran). Jednak w tym momencie był już bez woli i bez potęg. Potem rozdzieliłem siły, wysyłając połowę armii z pieszym WK i Taskiem na ruinkę, a resztę z SL posłałem w stronę lasu z mojej strony, który przeciwnik chciał zająć. W międzyczasie udało mi się przyciągnąć jednego z kapitanów (ale nie tego, którego miałem zabić) przyciągnąć compelem i zjeść bestią i morkami. Pod koniec bitwy walczyłem z częścią pozostałych jeźdźców przy tej ruince (ale tylko ja miałem tam potęgi, więc udało się ich wybić tak, że pod koniec żaden jej nie dotykał) a resztę zatrzymywałem przy lesie. Bestii nie chciałem angażować, bo miała w tym momencie mało woli a Saruman się zbliżał, więc transfixowałem nią z jednej kostki tego kapitana i osaczałem go orkami. Jednak 2 razy pod rząd udało mu się mimo to wygrać, rzucając 6 i wygrywając remis. W ostatniej turze gry zdobyłem pierwszeństwo (przeciwnik nie miał już zadnych potęg), wrzuciłem kapitanowi jeszcze jednego transfixa, ale żeby nie ryzykować pobiegłem wszystkim do lasku, szarżując ile to możliwe. Przeciwnik rzucił do walki wszystkie pozostałe elfy, ale jednak było mnie sporo więcej i udało mi się lasek spokojnie utrzymać. Zdobyłem więc punkty za ruinkę i za uratowanie SL. Mimo moich starań kapitanowi nic nie zrobiłem, jak się okazało przeciwnik też chciał go utrzymać przy życiu, ale punkty w końcu dostał tylko za to.

Wynik: 6-3

Zaczynamy trzecią bitwę
Zaczynamy trzecią bitwę

Elfy chyba nie chcą atakować
Elfy chyba nie chcą atakować

Sala, na której graliśmy
Sala, na której graliśmy

Pod koniec dnia poszliśmy do baru Bugmana zobaczyć któtką prezentację Adama Troke z kilkoma zdjęciami nowych modeli (wszystko jest już na stronie FW), a następnie wzięliśmy udział w tradycyjnym quizie w grupach 6-osobowych. Najzabawniejszym elementem był wielki turniej bohaterów na żywo, gdzie każda drużyna stawiała, kto jej zdaniem wygra. Haczyk był taki, że bohaterowie byli…umiarkowanej jakości (Goblin Skryba, Grubas Bolger, Oin, Sam, Kucyk Bill, Ashrak itp.). Ja zgłosiłem się od razu do rzucania kostkami za jednego z najlepszych bohaterów: Golluma za 0 punktów. Doszedłem do finału, pokonując Damroda, Oina i kogoś jeszcze, ale w nim uległem Ashrakowi, rzucając najpierw fatalnie na walkę, a potem dostając paraliż po zranieniu. No cóż, było fajnie. Nasza drużyna była gdzieś z tyłu, ale bawiłem się bardzo dobrze, i jakoś przed 11 wróciłem w końcu do hotelu.

Tak więc dzień pierwszy zakończyłem bardzo dobrze i wiedziałem, że będzie naprawdę ciężko… Cóż, nie pomyliłem się. Od razu dodam, że drugiego dnia trochę nie pamiętałem o robieniu zdjęć (nie, żebym pierwszego szczególnie pamiętał, brak praktyki).

AKT III – NIEDZIELA

Po 3 wygranych trafiłem na stół 3, a wokół mnie grała już tylko czołówka angielskich (i nie tylko) graczy. Tym razem nie było żadnej rejestracji, także przyjechałem i niedługo mogłem zacząć zabawę.

Bitwa IV – Capture and Control – dobro

W czwartej grze moim przeciwnikiem był Ryan Hinch w scenariuszu Capture and Control. Ryan grał armią, która bardzo mocno kontrowała moje zalety: wysoką obronę na fontankach i dość dobrą walkę 4. Był to bowiem potworek w postaci 2 nazguli na bestiach (SL i KoU), kapitana korsarzy i około 15 reaverów z toporami wspartych orkami i serpent guardami, do tego kilku jeźdźców. Wiedziałem, że ta armia przerąbie się szybko przez moje fontanki, więc mój plan polegał na trzymaniu znacznika na mojej połowie i dwóch ze środka. Przez to, że wziąłem RoTNy, Ryan musiał wystawić się pierwszy. Ustawił linię między znacznikiem na środku a tym po mojej prawej. W odpowiedzi, schowałem wosy i część fontanek w lesie przy znaczniku z lewej strony, a resztę wystawiłem przy środkowym, skutecznie go zajmując. W pierwszej turze dostałem szarżę obu bestii, które zadeklarowały heroiczne walki. Jednak SL swoją sromotnie przegrał, a KoU musiał wydać drugą potęgę, żeby wygrać. Jego hurle były jednak ładne i zabiły parę wosów i przewróciły część fontanek. Jednak to, co zrobili korsarze, było przerażające. W pierwszej turze chyba nie wygrałem z nimi walki, a co wygrywali, zwykle zabijali. W drugiej turze przegrałem pierwszeństwo, ale zrobiłem heroika Madrilem i utrzymałem pełną kontrolę nad środkiem (w czym zdecydowanie pomagał fakt, że był w ruince i od strony przeciwnika mogły tam próbować atakować tylko 2 modele), a samym Madrilem zaszarżowałem KoU, wydając potęgę na podbicie męstwa. SL dostał command od Sarka, ale udało mu się obronić. Przeciwnik zaatakował resztą modeli, SL chowając za swoimi liniami w obawie przed Sarumanem. Ja do KoU dorzuciłem jeszcze RoTNa i jakieś wsparcia. Walki zaczęliśmy od najważniejszej, Madrila i kilku innych modeli z KoU. Obaj zadeklarowaliśmy Strike, ale RoTN rzucił lepiej, a dzięki 6 na jednej z kostek, wygrałem walkę. Całe ranienie poszło w Nazgula, ale było nieskuteczne. Jednak zaryzykowałem i podbiłem ‘5' na kostce Madrila. Pierwszy los nie wszedł, ale niestety za drugim razem się udało. Mogło mi to zrobić grę. Tym razem fontanki zaczęły wygrywać i zabiły 2 czy 3 korsarzy bez strat własnych. Jak na razie nie było źle.

Nie chcę zanudzać Was, pisząc 3 strony o tej bitwie (a dałoby się, była świetna i naprawdę taktyczna), także powiem tylko, że następne kilka tur trzymałem się na środkowym znaczniku, zabiłem kilka modeli przeciwnika z lewej strony i toczyłem zaciętą walkę z bestiami. Umbar poleciał w prawo, tam walcząc z kilkoma moimi modelami, a SL w końcu podstawiłem przynętę z Sarumana, którego stransfixował (nie broniłem) i zaszarżował heroiczną walką. Jednak zgodnie z oczekiwaniami nie zabił go, a zadał 3 rany, z których 2 wyratowałem losem. Ponieważ kapitan korsarzy robił wcześniej heroiki, w turze, w której dostałem brejka (co jest istotne, bo scenariusz kończy się wtedy na 1-2), jako jedyny miałem potęgi na stole. W pierwszej turze po brejku spokojnie zdałem wszystkim męstwo (dzięki Sarkowi), strzeliłem blastem w kilku korsarzy i zająłem obie bestie walką – SL Sarkiem i Damrodem, a KoU Madrilem. Przy znaczniku na mojej połowie zająłem Serpenta i Warg Ridera swoimi modelami. W fazie walki jednak okazało się, że Umbar swoją wygrał, po czym wyszedł mu barge na 5 cali, i nie dość, że doszedł do mojego znacznika, to jeszcze zjadł minasa na nim. Na środku zaś trochę na własne życzenie dopuściłem model przeciwnika do znacznika, źle rozgrywając kolejność walk i wygrywając jedyną, w której po odsunięciu mógł się on do niego zbliżyć, wycofując się. W tym momencie przegrywałem 2:7. Rzuciłem na zakończenie gry, ale nie skończyła się.

W ostatniej turze, żeby wygrać, potrzebowałem niesamowitego szczęścia. Udało mi się znów przejąć środkowy znacznik, commandując z niego korsarza, ale ten na mojej połowie tylko uczyniłem z powrotem neutralnym (żeby go zająć, musiałbym zabić Nazgula na nim). Rzuciłem na koniec gry i tym razem wypadło 1. To była bardzo ciężka gra i pewnie powinienem zagrać odważniej, próbując walczyć o wszystkie znaczniki i licząc na szybkie skończenie się gry po brejku. Trochę wyszło nieogranie swoją armią dobra i morderczość tych korsarzy.

Wynik: 4-5

Po tej bitwie odbyła się przerwa na lunch, połączona z wyborem najładniejszej armii turnieju. Konkurencja była bardzo zacięta i na pewno było na czym zawiesić oko – osobiście zagłosowałem na Smauga i Dale. Sam nie robiłem zdjęć, ale kilka najładniejszych armii jest dostępnych na blogu Forge World- zachęcam do obejrzenia: https://www.warhammer-community.com/2018/03/01/the-hobbit-grand-tournament-2018-reviewfw-homepage-post-3/

Bitwa V – Contest of Champions – zło

W drugiej bitwie tego dnia grałem ze szkockim graczej Davidem Reid'em. Graliśmy Contest of Champions i po zobaczeniu swoich rozpisek wiedzieliśmy, że dużo łatwiej będzie miała osoba grająca złem. W swojej rozpie zła miał bowiem również 2 bestie i do tego Harad, a w dobrej – Laketown, krasnale i Arnor z Gandalfem jako liderem. Jako młodszy gracz rzuciłem – i wylosowałem sobie zło. Jednak w rzucaniu nisko jestem całkiem dobry. Obaj wiedzieliśmy, co to oznacza, ale David nie poddał się i spróbował coś ugrać. Rozstawiliśmy nasze linie bardzo blisko siebie (co jest wymuszone przez scenariusz, ponieważ liderzy muszą zacząć w 3 calach od punktu na środku stołu. Przeciwnik skutecznie dopakował sobie Gandalfa 3 dodatkowymi potęgami z Alfrida, a następnie wygrał heroika, wyłączył Floiem latanie mojemu liderowi i zaszarżował 2 morków, strzelając wcześniej w mojego lidera blastem, na którego odparcie zużyłem 4 wole i 2 potęgi. Początek miał przeciwnik więc mocny, ale szybko się to zmieniło. Gandalf dostał łamanie pałki i transfixa, które obydwa odparł, ale używając całą pozostałą wolę i sporo potęg (zostały mu 2). Uziemiony WK potem uciekł, a SL zaszarżował jednego z Rangerów na boku linii, około 5 cali od Gandalfa. Obaj zadeklarowaliśmy heroiki, jednak swojego wygrałem, rzucając Rangerem na 7 cali, przewracając kilkanaście walczących modeli przeciwnika, a także Gandalfa, który nie miał przez to szans nikogo zabić. W zamian za to, przegrał z morkami i dostał 4 rany, po których został na 1 życiu bez losów. Reszta walk szła bardzo dobrze (w czym na pewno pomagało to, że przeciwnicy byli powaleni). W następnej turze WK ubił Gandalfa black dartem (dając mi 3 VP za zabicie lidera przeciwnika swoim) i w tym momencie, co by się nie stało, wygrywałem grę. WK pozostało więc zabić 3 modele, żeby wyciągnąć jak najwięcej VP za grę, co w końcu osiągnął, zjadając Arathorna heroikiem i przelatując do 2 wieśniaków, których spotkał ten sam los. Do tego czasu zbrejkowałem przeciwnika, więc w pierwszej turze po tym zająłem mu wszystkich bohaterów, pozwalając wojownikom uciec. Na koniec niedobitki wygrały jeszcze walkę z WK i go zabiły, ale nie mogło to już nic zmienić.

Wynik: 12-0

Bitwa VI – Heirloom of the Ages Past – dobro

Do ostatniej bitwy przystąpiłem więc z bilansem 4-1, mierząc w top 10 w razie wygranej. Niestety, scenariusz ten jest straszliwie losowy na wielu płaszczyznach i miałem to boleśnie odczuć. Grałem dobrem przeciwko armii złożonej z Nekromanty i 6 nowych Nazguli. Wystawiliśmy znaczniki (1 blisko środka i reszta około 10 cali od różnych krawędzi stołu), po czym rzuciliśmy na pierwszeństwo. Niestety, rzut ten wygrałem. Wystawiłem oba warbandy Gondoru z jednej strony, z dobrym dostępem do 3 znaczników, 2 konne rotny podjechały po inne na dalszych końcach stołu, a z pomocą 1 potęgi na Ghanie i Sarku zostawiłem ich w rezerwie na 2 turę. Nekromanta przeciwnika wraz z Khamulem wyszli z mojej prawej strony, jednak około 24 cale od moich fontanek. Pozostałe Nazgule wyszły porozrzucane po różnych stronach stołu. W drugiej turze zacząłem i sprawdziłem 2 znaczniki niedaleko moich modeli – nie znajdując tam skarbu. Przeciwnik na to podszedł Nekromantą i Khamulem do swojego, wziął taką piękną eventową kostką i oczywiście rzucił nią 6 na szukanie Khamulem. W tym momencie cały mój plan na odizolowanie Nekromanty od artefaktu poszedł się paść i dość mocno się podłamałem. Ale że łatwo się nie poddaję, ruszyłem. Na początku przeciwnik praktycznie nie wydawał nigdzie potęg, podczas gdy ja pędziłem, by dopaść Khamula, używając Sarumana, by go commandować w moją stronę. Nie przeszkodziło to niektórym innym Nazgulom w zbliżaniu się do Sarka (prym wiódł WK, który w 3 tury wyciął 4 fontanki, przypominam, że ma 2 ataki i rani na 6, ale robił to oczywiście eventowymi kostkami). W końcu Saruman przegrał 2 heroiki pod rząd i został złapany przez Nazgule, także w pościgu za Nekromantą została mi tylko grupa modeli, które ten po kolei zabijał chill soulem, uciekając wokół stołu (brakowało tylko muzyczki z Benny Hilla). Dopadłem ich dopiero po brejku i wydaniu przez nich wszystkich poza jedną potęgą. W przedostatniej turze nawet udało mi się Khamula zdjąć, tak, że upuścił relikt, ale niestety umówiliśmy się na dogranie jeszcze jednej i w tej, Nekromanta spokojnie zajął artefakt i razem z odrodzonym Khamulem i efektem brejka pozbyli się na tyle wielu modeli, że w końcu nie miałem przy artefakcie nawet przewagi liczebnej. Naprawdę szkoda mi tej gry, ale niewiele mogłem poradzić. Tyle chociaż, że już i tak nie liczyłem się w walce o tytuł.

Wynik: 2-8

Ostatnia bitwa

Turniej zakończyłem więc z 4 wygranymi i 2 przegranymi grami. Jedna osoba dała mi punkt za najlepszego przeciwnika, przez co skończyłem jakoś koło 25 miejsca na 86 uczestników.

EPILOG

Słowem podsumowania, turniej bardzo mi się podobał. Był świetnie zorganizowany, a do tego było piwo na miejscu, co, jak wiadomo (oczywiście tylko dorosłym graczom) zawsze pomaga. Szkoda mi trochę wyniku, ale jednak cały czas grałem na topowych stołach albo blisko nich. Tak jak się spodziewałem, złem spokojnie sobie poradziłem, kontrolując i dość pewnie wygrywając każdą grę. Jednak dobro pewnie mógłbym złożyć lepiej, a na pewno przydałoby się nim zagrać chociaż raz przed turniejem. Niestety, Londyn jest taką trochę pustynią, jeśli chodzi o dobrych graczy, a jedyny topowy gracz mieszkający tu nigdy nie ma czasu (no offence, Mikołaj :P). Chciałbym też na dobre obalić mit o Anglikach, którzy mają luźne rozpiski i słabo grają, który może dalej się trzymać po GT z 2009. Od kilku lat Anglicy mają swoją ligę, w ramach której co około 2 tygodnie odbywają się duże turnieje. Oczywiście, jest sporo graczy, którzy biorą słabsze, klimatyczne rozpy, ale po około 2 grach lądują oni na niższych stołach i poziom tych turniejów wcale nie odbiega szczególnie od polskich masterów. Przez to, Anglicy wychowali sobie czołówkę turniejowych graczy, którzy jeżdżą na dwucyfrową liczbę turniejów w roku, często podobnymi armiami, i naprawdę ciężko jest z nimi wygrać. Na pewno w żadnej grze nie czułem, żebym był gorszy, ale jakoś od 3 też nie miałem wrażenia, że grałem od przeciwników jakoś wiele lepiej. Na pewno różnicą jest poziom ciśnienia na stołach – faktem jest, że choć spory o zasady, widoczność itp. się zdarzają, ale rozstrzyga się je szybko i raczej bez problemu i nie w formie kłótni.

Na koniec gratuluję tym, którzy doczytali do końca, mam nadzieję, że relacja się podobała (weźcie poprawkę na to, że to moja pierwsza w życiu). Jeśli będzie zainteresowanie, mogę robić czasami jakieś materiały z Anglii.

OrcSlayeR

Dołącz do dyskusji

  1. Potemp · 9 marca 2018 o 10:46

    Fajnie się czytało 🙂
    Co do Anglików i ich podejścia do gry jest wg mnie bardzo zbliżone do naszego. Oczywiście jak wszędzie spotkasz ludzi z którymi się da rozegrać bitwę no i takich z którymi nie będziesz czerpał kompletnie przyjemności z gry. Znacząco więcej jest graczy niedzielnych, grających ot tak dla przyjemności, składających bardzo klimatyczne rozpiski i nieoczekujących wiele. Stąd jeśli zależy Ci na wymagających i taktycznych bitwach to dużo więcej rozegrasz ich na masterze w Polsce.

  2. Kuli · 8 marca 2018 o 19:22

    Miło się czytało 🙂 na początku tak zastraszyłeś co do tych raportów z bitew niepotrzebnie, wcale nie są za długie.

  3. Huppcio · 7 marca 2018 o 10:36

    Super ;p

  4. TonyStark · 6 marca 2018 o 22:17

    Orcu rewelacja opis!! Fajnie że tak ich cisnąłeś 🙂 a za rok jak tylko pomożesz z noclegiem to chętnie zagram !! 😀

  5. bonuspl · 6 marca 2018 o 21:19

    fajnie, fajnie, choć szkoda, że mało fotek 😉

  6. OrcSlayeR · 6 marca 2018 o 16:01

    Dziękuję za pochwały 😉 Godfryd – generalnie zgadzam się, GT to w ogóle o tyle wyjątkowy przypadek, że na ten turniej jeżdżą ludzie z różnymi celami. Oczywiście dla topu jest to wygrana, ale jednak sporo osób nie próbuje o to walczyć i przyjechało, chcąc zdobyć na przykład nagrodę za najlepiej pomalowaną armię albo najlepszego przeciwnika. Tak samo jednak było chyba dość sporo niedzielnych graczy. W styczniu byłem chociażby na odpowiedniku mastera w GBHL i tam już rozpiski byłyby godne polskiego mastera, złożone z pomysłem (choć nie zawsze optymalnie) i bez oczywistych plewnych rzeczy. Kalinsie – cieszę się, oczywiście za rok też planuję się wybrać, także mam nadzieję, że się spotkamy. Gdyby ktoś z Polski jeszcze o tym myślał, to zachęcam, na pewno ogarniam transport i noclegi w Anglii i mogę pomóc z optymalizacją kosztów 😉

  7. Godfryd · 6 marca 2018 o 12:48

    Kawał dobrego tekstu, fajnie że znalazłeś czas na napisanie go. Co do różnicy poziomów, wydaje mi się że w Polsce jest bardziej spłaszczony- od jakiegoś czasu na masterach nie widzę totalnie plewnych rozp typu piesza biała rada, natomiast po dwóch zagranicznych turniejach gdzie grałem z Panami z Anglii również nie dostrzegam jakiś wielkich różnic między poziomem gry na topowych stołach między Polską a Anglią. Podejście nieco inne, różnice kulturowe widoczne i tyle. Gratulacje 25 miejsca, ja sam na Ardaconie miałem podobne na podobną ilość graczy 😉

  8. Kalins · 6 marca 2018 o 09:58

    Witam,
    widzę, że zająłeś podobne miejsce, jak ja rok temu – też coś koło 24-25 miejsca po 4 wygranych i jednym głosie. Fajna relacja i miło się czytało. Zwróciłem uwagę na nasze nazwisko na liście startujących na tegorocznym GT, stąd tym bardziej fajnie, że znalazłeś czas na spisanie swoich wrażeń. Czekamy na kolejne arty z UK i ja już powolutku zaczynam odkładać na przyszłoroczne UKGT :).
    Pozdrawiam,
    Kalins

  9. Kat · 6 marca 2018 o 08:06

    Przeczytałem całe 🙂 fajny raport i rzeczywiscie ciekawe grjy szkoda ze 4-5 to nie mała przegrana bo i tak reszta była w twoim wykonaniu albo maską w przod albo w tył i taka mała przegrana bardziej odzwierciedliła by to że walczyłeś do końca:)

  10. Cepelinek · 6 marca 2018 o 01:00

    Bardzo dobrze się czyta i jak dla mnie, dłuższe opisy na pewno by nie zaszkodzily 🙂

  11. Barti · 5 marca 2018 o 22:43

    Super arcik – może i mało zdjęć, ale czyta się bardzo dobrze. Prosimy częściej 😉

Może Ci się spodobać

Relacje i turnieje 8

10 Urodziny Mitrila – fotorelacja z turnieju

Marcin&Kalins&Barti&Ajas&Kuli · 11 czerwca 2018